Rozumiem, że

Biznes, polityka i dziennikarstwo potrzebują kategorycznych sformułowań, podtrzymujących porozumienie między stronami i świadczących o profesjonalizmie. Im bardziej język przypomina listę dialogową filmu sensacyjnego, tym większego twardziela może odegrać używający go mówca, a tym samym wywrzeć lepsze wrażenie i załatwić więcej!

Ustalmy na samym początku: twardziele nie pytają, ani nie zaczynają zdania od “czy”! Twardziele mówią “rozumiem, że”, a następnie stanowczo oznajmiają, jak według nich wygląda rzeczywistość. Muszą przy tym dotknąć istoty rzeczy, o której mowa, czyli wygłosić jakąś bolesną prawdę w lakoniczny i beznamiętny sposób. Kiedy kończy się takie zdanie, zapada znacząca cisza, a adresat ma tylko ułamek sekundy, aby potwierdzić albo zaprzeczyć.

“Rozumiem, że”, akcentowane na “że” zamiast na “zu”, znacząco ulepsza następujące po nim tezy i doskonale pasuje do tonu nieznoszącego sprzeciwu. Po pierwsze sugeruje, że się naprawdę rozumie. A wiadomo – kto nie rozumie, ten ćwok i amator. Po drugie, wyraża dbałość o szybkie usuwanie niejasności. Po trzecie: świadczy o inicjatywie i asertywności. Doskonałe narzędzie tortur dla apodyktycznego szefa, pragnącego upokorzyć podwładnego albo kierownika innego pionu. Rozumiem, że nie wysłałeś tego maila? Trudno powiedzieć, na czym polega niuans tej fuszerki. Może na tym, że faktów nie trzeba rozumieć, tylko je znać?

Zastępuje “czy”, “wiem, że”, “przypuszczam, że”, “o ile rozumiem”, “jak rozumiem”, “czy mam rozumieć, że”, ale przecież każde dziecko wie, że są to zwroty dla mięczaków. Prawdziwi twardziele rozumieją, że!

Diagnoza: rozumiem, że wiem
Szkodliwość: 6/10
Obszar występowania: język spotkań roboczych, wywiadów, przesłuchań, negocjacji i rokowań w biznesie, polityce i dziennikarstwie

Jak gdyby

Bardzo zabawne natręctwo, w nadmiarze prowadzące do całkowitego podważenia sensu wypowiedzi. Mówiący wychodzi na poczciwego fajtłapę, co to niczego nie potrafi stwierdzić na pewno. Żadnej tezy nie stawia naprawdę, wszystko jest jak gdyby. Doskonały ulepszacz dla ekspertów, potrzebujących bezpiecznego parasola uogólnień, rozmytych pojęć i zaporowego balonu słów pozbawionych sensu.

Można stosować zamiennie z jakby.

Diagnoza: jak gdyby asekuracja
Szkodliwość: 5/10
Obszar występowania: wszędzie

…, tak?

Wyjątkowo paskudne natręctwo, u niektórych przyjmujące postać chroniczną – pytające potakiwanie sobie w każdym zdaniu. Męcząca, nałogowa autoafirmacja, przypominająca czkawkę, będąca częścią kodu nowoczesnej komunikacji w wielu odmianach biznesu, mająca dawać do zrozumienia, że mówiący jest pewny siebie, asertywny, zna się na rzeczy i bierze pod uwagę opinię słuchacza, dociekając prawdy niejako w jego imieniu oraz niezwłocznie maskując ewentualne osłabienie dosadności wypowiedzi. Bywa stosowana jako ulepszacz, z wyprzedzeniem blokujący sprzeciw interlokutora. W skrajnej formie sprowadzona do absurdu: Dzień dobry, tak? Mam na imię Andrzej, tak? W czym mogę pomóc, tak?

“Takanie” pojawia się często na końcu zdań zawierających ważne tezy lub specjalistyczny żargon, tym samym sugerując, że odbiorca powinien być na odpowiednim poziomie i rozumieć, co się do niego mówi. Może być zakamuflowaną formą wymądrzania się i podwyższania rangi wypowiedzi poprzez sztuczne pompowanie autorytetu mówiącego. Pozwala w mgnieniu oka zamienić nawet najdłuższe i najbardziej podrzędnie złożone zdanie oznajmujące w pytanie retoryczne.

Co ciekawe, jest lustrzanym odbiciem samozaprzeczania (dodawania pytającego “nie” na końcu zdań), nadużywanego zwykle przez słabiej wykształconych.

Na tę przykrą przypadłość cierpią często różnej maści doradcy i eksperci.

Diagnoza: gdakanie
Szkodliwość: 7/10
Obszar występowania: wszędzie, ale głównie w biznesie i wywiadach radiowo-telewizyjnych, ze szczególnym natężeniem w stolicy

Tak naprawdę

Jeden z najbardziej ohydnych wzmacniaczy sensu, masowo nadużywany w wypowiedziach rzeczników spraw najrozmaitszych w radiu i telewizji – od indagowanej woźnej ze żłobka przez urzędników, dyrektorów, policjantów, sławnych dziennikarzy i społeczników, ludzi kultury, aż po dyplomatów i prezydentów.

Wzmacniacz znacząco podwyższający percepowaną istotność wypowiedzi, sugerujący ponadprzeciętną wiedzę jej autora w dotykanej dziedzinie, niczym lupa ogniskujący uwagę rozkojarzonego słuchacza, czyniący iluzję odkrywania prawdy, publicznego demaskowania kłamstwa.

Można wymyślić teorię, że wyrósł jako synonim bardziej precyzyjnego “rzeczywiście”, ale z czasem potężna moc dubeltowego wzmacniania sensu wyrugowała pierwowzór, nie dający się tak łatwo stosować w charakterze dopalacza. Tym sposobem tony toksycznego odpadu lingwistycznego “tak naprawdę”, trafiają codziennie do milionów uszu.

Jak się okazuje, językoznawcy wcale nie uważają tego zwrotu za błędny. Jest to jedna z wielu jednostek metatekstowych, używanych w celu skomentowania własnej wypowiedzi, a nadużywanych w charakterze wypełniacza lepszej jakości niż krowie “yyyyy”. Zresztą przeczytajcie sami, co na ten temat głosi oficjalna wyrocznia.

Diagnoza: określenie, które tak naprawdę nic nie znaczy
Szkodliwość: 8/10
Obszar występowania: wszędzie!